Jeżeli nie jechałeś z Jolą prowadzonym przez nią samochodem, to znaczy, że jeszcze jej nie poznałeś. Jeżeli jechałeś, to wiesz, że Jola to nie tylko spokojna i kochająca matka dwojga dzieci. Wiesz, że istnieje też druga strona jej natury, i że na styku tych dwóch żywiołów powstaje napięcie. I nie dziwi cię już to, że Jola w swoich ostatnich pracach zestawia gładkie szkło z chropawym szamotem.
W tym co robi Jola jest dużo siły - mocne decyzje, czasem wręcz deklaracja. A jednocześnie, być może paradoksalnie, jest to twórczość bardzo kobieca, bo emocjonalna, i poprzez to wymykająca się werbalnemu opisowi. Prace wydają się być tworzone w pośpiechu, i nie może być inaczej, bo przecież nie można zbyt długo utrzymywać w ryzach kilku odmiennych żywiołów jednocześnie. Kiedy dochodzi między nimi do nieuniknionego iskrzenia, na płótnie/papierze powstaje zapis. I zapis tego spięcia jest wystarczający. Jakiekolwiek "upiększanie" go byłoby równie niestosowne jak retuszowanie dokumentalnej fotografii.
Jola Jastrząb jest artystką bezkompromisową. Pamiętam jej doskonałe realistyczne prace, jeszcze z okresu studiów w Akademii. Jej umiejętność obserwacji i mistrzostwo warsztatu były imponujące. Ale ona, porzucając to co sprawdzone i bezpieczne, zaczęła stopniowo i konsekwentnie upraszczać formę, coraz większą rolę przypisując materii, która w wielu ostatnich pracach stała się tematem sama w sobie. Teraz mówi, że powierzchowna estetyka nie interesuje jej w ogóle. Nawet wobec obecnych realizacji jest bezwzględna, nazywając je "szkicami". Usatysfakcjonuje ją dopiero realizacja takiego "szkicu" w przestrzeni otwartej, w formacie ok. 10x10 metrów. Żadnych półśrodków.
Jeżeli kiedyś zobaczę coś takiego w którymś z miast Polski lub najpewniej Nie-Polski, to stanę wtedy użyję jednego z ulubionych Joli powiedzonek: "Ale jazda!"